Chirurg, ordynator jednego z oddziałów szpitala pr

Południe spory tłok. Żegnaliśmy profesora Bogdana Michałowicza. Nic dziwnego, że tam: w owej świątyni przez bardzo wiele lat w modlitwie zwanej powszechną zmarły przedstawiał różne ludzkie sprawy w sposób najdalszy od kościelnej sztampy. Ale to w końcu nie najtrudniejsze. Bogdan świadczył mocno o Bogu także poza świątynią. Chirurg, ordynator jednego z oddziałów szpitala przy ul. Banacha, czynem zaprzeczał wszystkim negatywnym uogólnieniom na temat lekarzy. Leczył nie tylko skalpelem, także słowem tak ciepłym, że pacjent zdrowiał już od rozmowy z nim. I taki był dokładnie dla wszystkich, niezależnie od miejsca w hierarchii społecznej. Jednolicie brzmiały świadectwa o nim na tamtej mszy: duchownych katolickich, pastora zielonoświątkowego i rektora jego uczelni: mówiono, że to był człowiek naprawdę dobry. Napisałbym mocniej, zostawiam to jednak eklezjalnym strukturom, orzekającym, kto błogosławiony czy wręcz święty. Postawa moralna i